sobota, 21 lipca 2018

1.4. - Legacy of Reanimator

Legacy of the Reanimator

Doktora Herbert West. Reanimator. Człowiek. Mit. Legenda. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie spotkał się z tą postacią imię i nazwisko nic nie powie. Dla nas tych wiedzących wywołuje jeden z najszczerszych i zarazem najbardziej przerażających grymasów na twarzy. Wszak to uwspółcześnienie opowieści o szalonym naukowcu, który próbuje walczyć ze śmiercią jest tak… No właśnie nawet nie wiadomo, jak to nazwać, gdyż żaden ze znanych epitetów, nie jest w stanie oddać tej dziwnej mieszanki fascynacji i odrazy, doświadczanych przy poznawaniu kolejnych przypadków Doktora i jego nieodzownego asystenta.

Wyjątkowość opowiadania polega jeszcze na fakcie, że jako jedno z niewielu dzieł Lovecrafta, nie należy zupełnie do grona tzw. Mitów Cthulhu (czy poprawniej powinniśmy powiedzieć yog-sothotherii) i jest po prostu samodzielnym tekstem, mającym jedynie niewielkie pokrewieństwo z „Zimnem”, czyli drugą próbą opisania walki o nieśmiertelność przez Mistrza.

Nie będzie to wielkim zaskoczeniem, jeśli stwierdzę, że przez lata postać naszego ulubionego Reanimatora, między innymi dzięki trzem filmom, o konwencji śmiesznego horroru klasy co najwyżej B, obrosła sporym gronem wielbicieli. Do których i ja się zaliczam. Zatem kiedy wydawnictwo Chaosium postanowiło stworzyć zbiór opowiadań o nim, nie sposób było odmówić sobie zapoznania się z jego treścią. Jak to zwykle bywa format książki to octavo. Obraz na miękkiej okładce stworzył tym razem Victor Manuel Leza Moreno, który to został etatowym twórcą w wydawnictwie i większość podręczników do Zewu Cthulhu, no i do Runequestu, jest przyozdobiona jego pracami. Ewidentnie nawiązuje ona do filmowej spuścizny, ale trzeba to policzyć in plus.

Najważniejsza jest tutaj zawartość. Redaktorzy wydania, czyli Peter Rawlik i Brian M. Sammons, wykazali się w stu procentach swoimi umiejętnościami i dobrym (czyli złym, czyli dobrym) gustem. Zebrany przez nich sztab ludzi stworzył opowieści, które w niesamowity sposób oddają przeszłość i przyszłość Herberta Westa. Są zatem i opowiadania z czasów jego dzieciństwa, kiedy już jego pasja dała o sobie znać, jak i opowieści z czasów, po wydarzeniach z opowiadania H.P.Lovecrafta, które również jest tutaj zawarte! Wszystko to sprawia, iż zapoznając się z treścią kolejnych opowiadań, dowiadujemy się o losach nie tylko samego doktora, ale również jego wiernego asystenta. Można by rzecz, iż nawet częściej treść skupia się na tym drugim i jego kolejnych, następujących po sobie spotkaniach z tworem pisarza.

Jeśli o same teksty chodzi, to jeśli spojrzymy na oryginalny tekst, napisany na początku zeszłego wieku, porównamy z jemu współczesnymi opowiadaniami, to trzeba przyznać, iż jest on bardzo odważny i krwawy. Wręcz balansujący na granicy dobrego smaku. Zatem co mogli stworzyć pisarze sto lat później? Przesunęli wszelkie granice dobrego smaku! Właściwie zostały one porzucone zupełnie, na rzecz jeszcze bardziej krwawej i nie tylko, dobrej zabawy. Czy wszystkie podjęte przez nich tematy są strawne? Kwestia gustu. Lecz nie sposób im oddać, że każdy starał się oryginalnie wykorzystać źródłowy materiał, czy to w formie, czy w fabule. Szczególnie dwa tzw. Round Robiny (czyli opowiadania, których kolejne rozdziały piszą inni autorzy) są tutaj wyjątkowo udanymi pastiszami, znoszącymi wszelkie ograniczenia dobrego smaku.


Okładka oraz jeden z autorów Peter Rawlik

Jak na książkę, która powstała 30 lat po pierwszym filmie, celebrującą nieco mniej znaną postać, stworzoną przez Lovecrafta, a jednocześnie bardzo specyficzną w swej obsesji i jej spełnianiu, muszę przyznać, że lektura Legacy of the Reanimator sprawiła mi wiele przyjemności i zaskoczeń. Może nie jest łatwa, lekka i przyjemna, gdyż wylewająca się z każdej strony jucha uniemożliwia taki odbiór tego dzieła, ale dla kogoś, kto już zna Herberta Westa, jest to godna polecenia pozycja. Dla kogoś, kto sięga po to pierwszy raz… Polecam najpierw zapoznać się z oryginalnym Reanimatorem, a potem z resztą zawartości. 

środa, 11 lipca 2018

1.3. - The Book of Eibon

THE BOOK OF EIBON

Cóż ja mogę napisać na temat tego tomiku? Znów wydawnictwo Chaosium. Znów format octavo i dziwna ilustracja na okładce. W środku prawie żadnych ozdobników graficznych, poza mapą Mhu-Thulan i Ultima Thule, czyli Hyperborei (lecz nie tej Howardowskiej z Conana!? – wszystko na to wskazuje). Co jeszcze? Clark Ashton Smith, Lin Carter i kilku innych autorów. Pięć rozdziałów.

Właściwie mógłbym zakończyć na tym recenzję, gdyż reszta moich przemyśleń na temat tej książki byłaby samymi superlatywami. Lecz z kronikarskiego obowiązku postaram się pochylić nad tym najlepszym, przynajmniej z tych które czytałem, tomików z linii Chaosium Fiction.

Histories of the Elder Magi, Episodes of Eibon of Mhu Thulan, Papirus of Th Dark Wisom, to wprost wypakowane po brzegi rozdziały, który tematyka jest bardzo jednolita, ale być może w tym drzemie jest jej siła. Otóż niemal każde opowiadanie, traktuje o jakimś czarowniku, egzorcyście, nekromancie i jego spotkaniach z nieznanym. Lecz, dla porządku. Można tutaj natrafić na postacie zarówno ludzkie, jak i przedludzkie, jak wężowych ludzi, czy plugawych Voormisów, oczywiście niemałą rolę odgrywa tutaj sam tytułowy Eibon. Każda z tych historii opowiada o wydarzeniach, które są powiązane z Mitami Cthulhu. Zatem mamy niby podobny motyw, jak w klasycznych opowiadaniach Mistrza (Howarda Phillipsa Lovecrafta), lecz że świat jest w innym swoim punkcie i magia jest wszechobecna, a zatem jej wykorzystanie bardziej... Powszechne? Tak. Powszechne. Większość spotkanych bóstw należą do CASowskiego panteonu. To dobrze. Przynajmniej nasz mackowaty przyjaciel nie jest tutaj tak mocno eksploatowany. Wszystko to jest wypełnione takim klimatem i napisane z takim rozmachem, a jednocześnie z wielkim poszanowaniem wizji Klarkash-tona, iż nie sposób oderwać się od tych pierwszych trzech rozdziałów.

Kiedy jednak je miniemy, dwa następne nie ustępują im w niczym. Psalms of the Silent, są wypełnionym poetyką rozdziałem, gdzie to co tak atmosferyczne na poprzednich stronach tekstów, tutaj zostało zaklęte w strofach tak pięknych i delikatnych, iż trudno coś więcej powiedzieć. Trzeba to przeczytać.

Ostatni rozdział, który serce moje raduje, to Eibionic Rituals, który jest po prostu pomocą przy tworzeniu przygód do Zewu Cthulhu. Wszak są tutaj dokładne opisy nie tylko czarów, ale ich składników. Mając coś takiego, można niesamowicie urozmaicić rozgrywkę w Zew Cthulhu. To jest dodatkowy plus tego i tak wspaniałego już tomu.

Robert M. Price dorzucił tutaj znów coś od siebie i kilka opowiadań wyszło spod jego pióra. Nie odstają poziomem od pozostałych. A trzeba przyznać, iż ten tomik ma bardzo, ale to bardzo wyrównany i wysoki dodajmy, poziom. Oczywiście CASa nikt nie przebije z jego sardonicznym humorem i delikatnym operowaniem piórem.

Okładka, pomiędzy edycjami prawie się nie różni.



Jakby na to nie spojrzeć. Clark Ashton Smith stał się jednym z moich „najulubieńszych” autorów. Lin Carter również, za bardzo sympatyczne podejście do tematu, bez Derlethowskiego zacięcia (które tak bardzo mi w tym ostatnim przeszkadza). Zatem czy mamy do czynienia z tomem doskonałym? Nie. Dlatego, że jest zdecydowanie za krótki! Uważam, że gdyby miał jeszcze więcej treści, byłby lepszy! Musisz zaopatrzyć się w ten tom. To prawdziwa uczta.