Legacy of the Reanimator
Doktora Herbert West. Reanimator. Człowiek. Mit. Legenda. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie spotkał się z tą postacią imię i nazwisko nic nie powie. Dla nas tych wiedzących wywołuje jeden z najszczerszych i zarazem najbardziej przerażających grymasów na twarzy. Wszak to uwspółcześnienie opowieści o szalonym naukowcu, który próbuje walczyć ze śmiercią jest tak… No właśnie nawet nie wiadomo, jak to nazwać, gdyż żaden ze znanych epitetów, nie jest w stanie oddać tej dziwnej mieszanki fascynacji i odrazy, doświadczanych przy poznawaniu kolejnych przypadków Doktora i jego nieodzownego asystenta.
Wyjątkowość opowiadania polega jeszcze na fakcie, że jako jedno z niewielu dzieł Lovecrafta, nie należy zupełnie do grona tzw. Mitów Cthulhu (czy poprawniej powinniśmy powiedzieć yog-sothotherii) i jest po prostu samodzielnym tekstem, mającym jedynie niewielkie pokrewieństwo z „Zimnem”, czyli drugą próbą opisania walki o nieśmiertelność przez Mistrza.
Nie będzie to wielkim zaskoczeniem, jeśli stwierdzę, że przez lata postać naszego ulubionego Reanimatora, między innymi dzięki trzem filmom, o konwencji śmiesznego horroru klasy co najwyżej B, obrosła sporym gronem wielbicieli. Do których i ja się zaliczam. Zatem kiedy wydawnictwo Chaosium postanowiło stworzyć zbiór opowiadań o nim, nie sposób było odmówić sobie zapoznania się z jego treścią. Jak to zwykle bywa format książki to octavo. Obraz na miękkiej okładce stworzył tym razem Victor Manuel Leza Moreno, który to został etatowym twórcą w wydawnictwie i większość podręczników do Zewu Cthulhu, no i do Runequestu, jest przyozdobiona jego pracami. Ewidentnie nawiązuje ona do filmowej spuścizny, ale trzeba to policzyć in plus.
Najważniejsza jest tutaj zawartość. Redaktorzy wydania, czyli Peter Rawlik i Brian M. Sammons, wykazali się w stu procentach swoimi umiejętnościami i dobrym (czyli złym, czyli dobrym) gustem. Zebrany przez nich sztab ludzi stworzył opowieści, które w niesamowity sposób oddają przeszłość i przyszłość Herberta Westa. Są zatem i opowiadania z czasów jego dzieciństwa, kiedy już jego pasja dała o sobie znać, jak i opowieści z czasów, po wydarzeniach z opowiadania H.P.Lovecrafta, które również jest tutaj zawarte! Wszystko to sprawia, iż zapoznając się z treścią kolejnych opowiadań, dowiadujemy się o losach nie tylko samego doktora, ale również jego wiernego asystenta. Można by rzecz, iż nawet częściej treść skupia się na tym drugim i jego kolejnych, następujących po sobie spotkaniach z tworem pisarza.
Jeśli o same teksty chodzi, to jeśli spojrzymy na oryginalny tekst, napisany na początku zeszłego wieku, porównamy z jemu współczesnymi opowiadaniami, to trzeba przyznać, iż jest on bardzo odważny i krwawy. Wręcz balansujący na granicy dobrego smaku. Zatem co mogli stworzyć pisarze sto lat później? Przesunęli wszelkie granice dobrego smaku! Właściwie zostały one porzucone zupełnie, na rzecz jeszcze bardziej krwawej i nie tylko, dobrej zabawy. Czy wszystkie podjęte przez nich tematy są strawne? Kwestia gustu. Lecz nie sposób im oddać, że każdy starał się oryginalnie wykorzystać źródłowy materiał, czy to w formie, czy w fabule. Szczególnie dwa tzw. Round Robiny (czyli opowiadania, których kolejne rozdziały piszą inni autorzy) są tutaj wyjątkowo udanymi pastiszami, znoszącymi wszelkie ograniczenia dobrego smaku.
![]() |
| Okładka oraz jeden z autorów Peter Rawlik |
Jak na książkę, która powstała 30 lat po pierwszym filmie, celebrującą nieco mniej znaną postać, stworzoną przez Lovecrafta, a jednocześnie bardzo specyficzną w swej obsesji i jej spełnianiu, muszę przyznać, że lektura Legacy of the Reanimator sprawiła mi wiele przyjemności i zaskoczeń. Może nie jest łatwa, lekka i przyjemna, gdyż wylewająca się z każdej strony jucha uniemożliwia taki odbiór tego dzieła, ale dla kogoś, kto już zna Herberta Westa, jest to godna polecenia pozycja. Dla kogoś, kto sięga po to pierwszy raz… Polecam najpierw zapoznać się z oryginalnym Reanimatorem, a potem z resztą zawartości.






